Kwiaty eucharystyczne
22. sierpnia 2010 . przez xmj
Był środek dnia. Mało ludzi w kościele. Czas na komunię. Podaję jej na wyciągniętą dłoń dzwonek kwiatka. Resztę każę rozłożyć na ławkach w kościele… taką Komunię we śnie przeżyła pewna osoba.
Piękne porównanie się zdarzyło: Jezus jest jak kwiat. Kiedyś kardynał Wyszyński zapytany, co jest najpiękniejsze na tym świecie? Odpowiedział, że kwiaty.
Sezon na kwiaty trwa. Żniwa już się kończą. Czas do szkół. I znów rozpoczną się przygotowania do I Komunii. Rodzice już pytają o terminy, żeby rezerwować salę na przyjęcie, jakby to było istotą uroczystości. Czy będzie znów podobnie: I Komunia minie i tych dzieci w kościele nie będzie? Czy Kościół gryzie? Straszy? Zaraża alergią? Skąd ta anoreksja eucharystyczna? Może poczekać z Komunią dla dzieci, aż rodzice dojrzeją…?

Tylko, że dziś coraz mniej dojrzałych rodziców, coraz częściej to dzieci mają dzieci, zanim same jeszcze dojrzeją, natomiast dorośli, gdy „dojrzeją” do tego, że może już czas na dziecko, dowiadują się, że mogą być problemy z tym, żeby je mieć (oczywiście nie należy zakładać, że tak jest zawsze). Gdy obserwuję biegające po moim osiedlu o godz. 21.00-23.00 dzieci, to zastanawiam się, czy aby ich rodzicom nie pomyliły się pory dnia; brak odpowiedzialności ze strony „dorosłych”, brak odpowiednich metod wychowawczych wobec dzieci (dziś dziecka się nie uderzy, bo można mieć problemy z sądem – nie mam tu na myśli brutalnego bicia, ale czasem porządny klaps niejednemu by się przydał, zwłaszcza gdy się widzi, jak taki maluch podnosi rękę i zamachuje się na rodzica – choć może czasem taki rodzic faktycznie na to zasługuje, skoro dopuścił do takiej sytuacji, że dziecko wymierza mu razy; dziś dziecko może robić co chce, wyrażać swoje własne zdanie w sposób nie znoszący odmowy; i chyba coraz większej ilości rodziców odpowiada sytuacja, że dzieci są coraz bardziej pewne siebie, że wiedzą czego od życia chcą, bez głębszego wnikania w sens, bo to przecież dla rodzica duża ulga, gdy nie musi za bardzo starać się, a dziecko tak dobrze daje sobie radę samo.
Trudno się dziwić brakowi dzieci w kościele, wszak dziecko powinno być przyprowadzone doń przez rodzica, który z drugiej strony powinien mieć również świadomość po co je tu przyprowadza.
A temat I Komunii powracający co roku i coraz śmielsze propozycje jak „upiększyć” tę uroczystość, która coraz częściej przypomina przyjęcia weselne i coraz śmielsze prezenty: komputery, quady – Bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze można wymyślić, by dogodzić malcowi, żeby z ogromnym zapałem i entuzjazmem oczekiwał tego można powiedzieć pierwszego w swoim życiu wielkiego święta…Tylko, czy w tym wszystkim naprawdę chodzi o dobro i szczęście dziecka?
Myślę, że gdyby czekać z Komunią dla dzieci, aż rodzice dojrzeją, to pewnie Pan Jezus siedziałby zamknięty w tabernakulum do końca świata….
Uwielbiam otrzymywać kwiaty, te polne, czy choćby z kwiaciarni, jeśli ich nie ma to też jakoś jest, ale bez tego Jednego – uświęconego i wyjątkowego wiem, że ciężko byłoby żyć…
bardzo dobry pomysł – aż dojrzeją rodzice! …
Fajnie to Ksiądz nazwał – 'anoreksja eucharystyczna’.
Mnie też to przeraża.
Ostatnio, na ceremonii ślubnej widziałam ludzi zachowujących się jak marionetki… Zupełnie bez świadomości, co się dzieje.
Smutne też, że nie widać często radości na twarzach ludzi, przyjmujących Komunię.
Czekać, aż dojrzeją Rodzice?
Chyba nie.
Raz zasiane ziarenko nie zginie. Dzieci wrócą. Wrócą, kiedy to będzie zależało od nich. I może rodziców przyprowadzą…
Na swoim przykładzie wiem, że przymusy odpychają od czegokolwiek. Pamiętam, że nie lubiłam karteczek, za które była ocena (oczywiście jeśli ktoś miał wszystkie). Potem bierzmowanie, ks. straszący, niedopuszczeniem do sakramentu za brak choćby jednego podpisu w indeksie… Teraz, z dobrej woli przychodzi mi się łatwiej do kościoła, bo robię to dla siebie i dla Boga, a nie dla czyjejś satysfakcji czy większej frekwencji. Może to wynika z buntowniczości człowieka, może z płynącego przykładu, sama nie wiem. Na pewno trzeba mieć wiarę w sercu, ja znalazłam ją w pewien jesienny wieczór, czekając na mszę, wtedy odnalazłam sens. Bardzo żałuję, że kościoły są nierzadko zamknięte i nie można w samotności porozmawiać z Bogiem. Jeśli chodzi o rodziców, to często nie mają czasu pokazać dziecku jak powinno się kochać Boga, ale dziecko przychodząc do kościoła powinno być zachęcanie, nie przymuszane i straszone przez ks., tak aby samo znalazło istotę przychodzenia do kościoła.
Mam jakieś wrażenie ,że wszystkie sakramenty albo nam spowszechniały albo robimy z nich wielkie szoł w sztucznym blichtrze…
ojć..z tym czekaniem na dojrzałość rodziców,to ja bym ostrożna była..w ten sposób to się łatwo można pozbyć I komunii na zawsze ;p
Zgadzam się z Pati. Te dzieci jeszcze wrócą. A w powrocie trzeba im pomóc, wesprzeć je. Pozwolić im odnaleźć własną drogę do Boga.
Myślę, że niektórzy rodzice nigdy nie dojrzeją, niestety…
A może by tak obok katechizacji dzieci, również rodziców objąć ewangelizacją. Czasami trzeba po prostu pomóc…, miast krytykować. Widocznie zakończenie regularnej formacji na bierzmowaniu nie wystarczy.
Tęsknię za taką Eucharystią, by serce pałało, by pragnąć mocno, by poczuć bliskość i nie chcieć odchodzić…
a ja się nie zgadzam z Pati 🙂 uważam ze jeśli rodzic nie da dziecku odpowiedniego przykładu dziecko nie będzie wiedziało po co chodzić do kościoła. Będzie wiedziało o jakimś tam „bogu” ale nie zainteresuje się nim hmm ja nie mówię żeby dzieci zmuszać ale rodzice idąc do kościoła zaszczepiają w dziecku pewne zachowanie z czasem gdy dziecko zacznie rozumieć myśleć samodzielnie ( i chyba najważniejsze gdy dojrzeje) jest większa szansa że zastanowi się dlaczego rodzice chodzą do tego kościoła co im on daje a przymuszanie daje odwrotny efekt idę bo muszę odbębnić te 45 min bo każe mama tata katecheta a i babcia się krzywo patrzy odstać swoje i mam niedziele wolną bez „gadki rodziców”. Uważam że przede wszystkim trzeba dawać przykład gdy dzieciak jest w wieku „buntowniczym” chodzić i modlić się by szło dobrą drogą.
Czemu kapłani nie mówią głośno, otwarcie i wyraźnie o ludziach nonszelancko podchodzących do Komunii św., czy to nie zastanawiające, że w dzisiejszych czasach wszyscy, dosłownie wszyscy otrzymują „automatycznie” rozgrzeszenia, ile w związku z tym jest świętokradzkich Komunii św., a jak strasznie obciąża to sumienie takiego niefrasobliwego kapłana..?! Przecież nie raz musieli zauważyć, że dana osoba nie spełnia warunków godnej spowiedzi, a jednak rozgrzeszali… Tylko Bóg nie potwierdzi……….. A jaka po takiej spowiedzi może być Komunia? Inna sprawa, że kiedy klękanie do Komunii było sytuacją powszechną w Kościele i absolutnie obowiązującą, szacunek wobec tego Sakramentu był nieporównywalny z dzisiejszym… Nie mówiąc już o tym nieszczęsnym przyjmowaniu na rękę… Jaka spowiedź, taka Komunia… Trzeba zwrócić uwagę co dzieje się ze współczesnymi spowiedziami – dużo z nich to świętokradztwa pod płaszczykiem pobłażliwości księdza. A jakie tego efekty – widać w Kościele czasów współczesnych…