Jeden dzień z życia…
18. maja 2009 . przez xmj
Dzisiaj na katechezie padło pytanie – jedno z tych „księżycowych”: jak ja jestem ciekawa, co ksiądz robi w wolnym czasie? Zapytała Osiemnastka z klasy II LO. Czy ksiądz ma wolny czas dla siebie i co z nim robi? Dobre, pomyślałem – spróbuję dzisiaj opisać taki jeden dzień – np dzisiejszy: jeden z życia księdza…
Obudziło mnie radio o 6.30 (staram się bezstresowo powstawać do życia, dlatego słucham „Trójki”), potem budzik dołożył mi po uszach ostrym dźwiękiem (na wszelki wypadek, gdybym zaspał). Nie przepadam za porannym wstawaniem, ale cóż zrobić, takie życie. Na 7.00 pobiegłem do konfesjonału. Nikt mnie nie odwiedził, więc spokojnie pogadałem z Panem Bogiem psalmami. Potem zjadłem szybkie śniadanie (z księżmi podsumowaliśmy grilla i niedzielę powołań) i na godz. 8.00 pospacerowałem do ukochanej szkoły. Miło jest, jak po drodze dzieci idące do swojej szkoły chwalą Pana Jezusa…Na korytarzu w LO pierwsze spotkania: ktoś mówi, że kiełbasa na grillu smaczna była, ktoś inny przeprasza, że nie przyszedł wczoraj na „18”, bo coś tam… W szkole na religii ostatnie rozmowy – w cztery oczy (w tzw konfesjonale) o życiu i chrześcijaństwie, podsumowania i wspólne szukanie odpowiedniej oceny na koniec roku – bo to już za miesiąc wakacje). Najtrudniej jest uczniom dokonać tzw samooceny. Wymagam tego, bo to świadczy o dojrzałości. Trafiło się okienko – czas na małe zakupy. W po szkole o 14.30 obiadzik – ulubione gołąbki dzisiaj… pycha! Po obiedzie chwila (20 minut) na odebranie poczty i na 15.30 do kościoła – próba przed tzw Komunią Generalną. O 16.30 druga grupa tejże uroczystości. Patrzę a te dzieci z kl. IV szkoły podstawowej i widzę w nich już młodzież. To w tym wieku trzeba zaczynać z nimi pracę, jeśli chce się ich zaangażowania w parafii na całe życie… Przyszedł chłopiec na próbę generalną i chce odnowić przyrzeczenia chrztu, a nigdy nie był na żadnym spotkaniu. Ale twardo walczy o swoje miejsce w ławce… podziwiam go za upór wojownika! Po próbach majowe i Msza św. Odprawiam z ks. Romkiem i o. Piotrem misjonarzem z Ameryki Południowej (miał rocznicę święceń). Po Mszy mała kolacja, wypad na godzinny rajd rowerem z aparatem fotograficznym. Pojechałem też nakarmić moich przyjaciół spod okna: dwa łabędzie, kaczuchy i ryby na jeziorku widocznym z mego okna. Wróciłem po 20.00. Zagadałem z Gosposią, bo kwiaty- jej ulubione – sadziła przy plebanii. Potem przyszedł Harcerz – mój Uczeń i pogadaliśmy o stworzeniu drużyny harcerskiej w naszej parafii. Proboszcz zgodził się. Wróciłem do mieszkania, kilka telefonów, poczta, gg, blog, pacierze wieczorne i przy dobrej muzyce piszę te niepoukładane słowa. A żabki mają właśnie koncert pod moim oknem; symfonia pięknych dźwięków… Jeszcze lekcje odrobię, kąpiel wezmę, podziękuję Bogu za dzień dzisiejszy i poproszę o dobre jutro.
No właśnie, czy ja mam czas dla siebie? Nie, nie jestem nieszczęśliwy…
ps a jak Wam minął jeden dzień z życia?

..dołączam do koncertu żabek 😉
Widzę, że bardzo ciekawy dzionek.
Ja wstałem o 6. Modlitwa. Śniadanie… i na przystanek. 6:50 odjazd autobusu i do szkoły. Wróciłem po 14… zjadłem obiad. Krótka modlitwa. Następnie na angielski na 16… po angielskim wróciłem do domku. Porozmawiałem z siostrą… i szybko do kościoła. Majówka. Następnie poszedłem do Księdza… trzeba było z Bogiem się pojednać. Wróciłem do domu po 21. Zjadłem kolację. Teraz chwilka na komentarze i sprawdzenie poczty. Za chwilę modlitwa i sen. 🙂
Pozdrawiam 😉
Wstałam. Uporczywie… Od tygodnia nie byłam w szkole, więc było mi trudno. Szkoda, że nie jest tą ukochaną! Jak u Księdza… Porozmawiałam z Bogiem, ale szybko, bo jak zwykle rano trzeba się spieszyć. Włączyłam muzykę. Umyłam się, ubrałam jak to dziś ktoś stwierdził: kolorowo! ironicznie oczywiście… Spakowałam, zjadłam śniadanie, pochodziłam po wielkim domu, może coś znajdę? Poszłam do ogrodu, zerwałam tulipana i postawiłam na stole w kuchni. Sama nie będę, z kwiatkiem. Wyszłam, zamknęłam z wielką chęcią drzwi. Zmierzałam do szkoły. Pośmiałam się, pomarudzilam, pomyślałam i zasypiałam na historii. Tysiące pytań, porad, tłumaczenia tematu z biologii. Klasówka. Napisałam, pomogłam w okół. Przypomniało mi się jak moja nauczycielka biologii powiedziała mi, ze to nie możliwe, że moje oczy są brązowe, a moich rodziców niebieskie… Nie chcę się znać na genetyce. Szłam do domu najbardziej okrężną drogą: posiedziałam w parku, podziękowałam ludziom za miłe słowa (niefajnie jest być znanym…), pomartwiłam się wyborem szkoły i dostaniem się tam gdzie by się chciało. I musiałam wrócić. Znów pusto. Włączyłam komputer, muzykę, otworzyłam okno. Wszystko to co dawało jakikolwiek hałas. Potem poszukiwałam zjawisk magnetycznych i kurczowo wpajałam sobie fizykę do głowy. Jadłam marchewkę (4 kg i mogę się zatruć, ale zabrakło) Porozmawiałam na gg, przeszukałam internet nadrabiając 5 dni, kiedy nie miałam do niego dostępu. Pograłam sobie na gitarze, pomarzyłam i udałam się tą najcudowniejszą ścieżką do Kościoła. Spędziłam piękny czas z moim Przyjacielem… Pobyliśmy razem i poprawił mi humor przenikając moje maleńkie serce… Poszłam po pieczątkę: wybieram się na Festiwal Młodych. Chciałabym już, bo pragnę się oderwać. Potem zaczęłam pisać list na konkurs, wytłumaczyłam fizykę koledze, zadzwoniłam, posłuchałam i napisałam to teraz…
Przede mną lektura Pisma Świętego, podziękowanie za jeden z lepszych dni w ostatnich miesiącach, tęsknota, ból głowy, poczucie braku aparatu i być może że sen… Nie zawsze przychodzi. jeszcze kontrola czy ktoś odwiedził mój dom i sprawił, że nie jestem tu sama: jestem.
Jeden z lepszych.
Rozpoczęłam nowy dzień z „Kiedy ranne wstają zorze…” na ustach, lubię rozpoczynać z tą pieśnią nowy dzień… W drodze do pracy prośba o dobry dzień dla mnie i wszystkich, których kocham i tych, których zdołam sobie na myśl przywieść…to takie moje codzienne dnia rozpoczynanie.
I 8 godz. w pracy, nie jest lekko, ale dobrze że praca jest. Dziś miałam małą rodzinną uroczystość, więc po pracy jeszcze tylko udało mi się ostatecznie wybrać upominek dla Kogoś bardzo mi drogiego (będzie gotów na środę, mam nadzieję, że się spodoba, bardzo bym chciała), a potem pędem na rodzinne świętowanie. Lubię te małe uroczystości, nie zdarzają się często, ale dobrze że są. Żałuję tylko, że zabrakło czasu na ukochane nabożeństwo majowe, ale odprawiłam sobie po powrocie w domu. Jutro już na pewno będzie pięknie i śpiewająco….
To taki był ten dzisiejszy mój dzień: krótki, szybki, ale dla każdego starczyło czasu, i dla Boga, i dla rodziny, i żeby powiedzieć dobranoc ukochanej osobie…
Dziękuję Panie za miniony dzień i proszę o kolejny piękny…
Miałem wspaniały dzień – cudnie jest żyć z Panem, fruwać z Nim. Co Wam daje moc do życia? Powera?
Ukochana SZKOŁA? Nie wyobrażam sobie, żeby szkołę kochać! Wszyscy jej nie lubią, a muszą chodzić do niej!
Jeden dzień z życia….hm…np dzisiaj. Dzisiaj w miarę normalnie, to opiszę;) Wstałam przyzwoicie o 8, toaleta, śniadanko i o 9 wyszłam zapolować na autobus:) przyjechał JUŻ po 15minutach, więc nastąpił etap przedzierania się owym zatłoczonym wehikułem, na Stare Miasto. Po pół godziny szczęśliwie znalazłam się pod Zygmusiem. Wstąpiłam do św. Anny, żeby zacząć dzień z Panem Bogiem. Potem upolowałam drugi autobus który zawiózł mnie na uczelnię.Potem wykłady, zajęcia….o 14:45 wyszłam z uczelni, po drodze do domu zdążyłam nawet na tzw. „15” do kościoła akademickiego, potem znooowu przecudnie zatłoczony autobus i z dużą ulgą o 16:30 wysiadłam przed swoim blokiem. Obiadek, teraz chwila na ogarnięcie bieżących informacji nadchodzących…. No i w planach mam jeszcze dwie książki do przeczytania i trochę notatek, a potem (swoją droga sama jestem ciekawa o której, bo to róóżnie bywa;) spać.
Ot, i mój dzień 😉
Pati! Ale Ty masz fajnie – w stolicy buszujesz i książki czytasz – jak w niebie!
Alicjo! 4 kg marchwi zjadłaś? Nieźle…A co do Festiwalu Młodych, to poszukaj ludzi wokół siebie, może jeszcze ktoś pojedzie do Pułtuska? ps pozdrów Tuli – Pana
Pewnie, że fajnie mam…choc męcząco czasem 🙂
jakie piękne zdjęcia!!
niemal czuje się ten klimacik spod Księdza okna..
a żaby grają dalej…
bo żaby już tak mają! 😉
Dopóki miałam szkołę, mój dzień wyglądał tak:
O 5:30 pobudka, toaleta, szybkie śniadanko i na 7:00 msza święta. Potem na 8:00 do szkoły, średnio do około 14. Potem do domu na obiad, gdzieś po drodze koło 15:00 koronka i do szkoły muzycznej. Wieczorem internet, czasami spacer, kiedy indziej próba orkiestry. Potem rozmowa z Panem i sen. 🙂
Teraz nie mam już szkoły i bardzo przeszkadza mi ta luka pośrodku dnia, bo kompletnie nie wiem, co ze sobą zrobić…
Te dzieciaki komunijne takie słodkie są:D biedaczki zapominają na komunii tekstu ze stresu, a pomyśleć , że i my kiedyś tak mieliśmy… naprawdę są takie urocze:) i jeszcze świetne kazanie księdza na komunii w niedzielę na 13, no po prostu bomba. Myślę, że takie kazania najbardziej trafiają do serc dzieci w tym wieku, bo są ciekawe i takie z życia. Nie zdziwię się jak większości z nich się zachce chodzić do kościoła:)
Pozdrowię. Najwyraźniej moje otoczenie nie pragnie tego… bo mało osób reaguje pozytywnie na propozycję wyjazdu.
Tulipana już nie ma… czas na drugiego – coś mi musi towarzyszyć.
Pozdrawiam Księciunia i życzę samych 6 dla nas!!!!~!!!
Jak wygląda mój dzień?
To jedna wielka, nieustanna walka. Że mi się chce. Że potrafię. Że umiem. Że mi się uda.
To rozmowa z samym sobą,
pielęgnowanie rodziny, przyjaciół.
Dawanie radości bliskim, tym samym dając radość sobie^^
Buzę się codziennie dość pużno jak jestem już wolny od szkoły i od zajęć maturalnym koło godziny 10:00. Każdy dzień jest dla mnie walko z nudo ciągle próbuje cos robić pożytecznego dla siebie i moich bliskich. Codziennie chodzę na maiowe na 18: 00 jest to moje podziękowanie za dany dzień Bogu. Kończę każdy dzień modlitwo dziękując Bogu za przeżyty dzień niekiedy nawet dobrze, ale zawsze za przeżyty.
mnie zycie czesto zaskakuje. kazdy dzien jest niespodzianka raz jestem szczesliwa raz smutna. czesciej szczesliwa. upajam sie radoscia zycia. nie zamienilabym mojego zycia za zadne inne. ciesze sie ze mam przyjaciol i dziekuje im ze caly czas sa.